Opis pierwszego skoku spadochronowego

Podziel się na:

Tekst napisany przez pisarza science fiction Marcin Przybyłek –  Gamedec

Skok

Szósty lipca, godzina trzynasta. Piękne niebo usiane cumulusami. Realizuję prezent od żony Ani z okazji dwudziestej ósmej rocznicy naszego związku: skok spadochronowy w tandemie. Jesteśmy w Chrcynnie, skok odbędzie się dzięki formacji Sky Dive. Przed chwilą wyczytano moje nazwisko. Podchodzę do głównego budynku będącego połączniem biura i wieży kontrolnej. Zbliża się człowiek z grubsza do mnie podobny – krótko ostrzyżony, z niewielkim zarostem i błyskiem inteligencji w oku. To mój instruktor. Rajmund Juchiewicz. (Wszyscy mówią do niego Ray, czego dowiaduję się już w samolocie). Prowadzi mnie do hangaru, wybiera kombinezon. Jest czerwony. Lubię czerwień. Zdejmuję buty, zakładam go na szorty i niebieską koszulkę z krukami, którą specjalnie na tę okazję wybrałem i własnoręcznie wyprasowałem. Potem mężczyzna pomaga mi założyć uprząż. Wszystko filmuje Darek Samul, który uczestniczy w tym wydarzeniu wraz z Magdą, swoją żoną. Instruktor dość długo klęczy przede mną poprawiając pasy przy pachwinach. Ania i Magda chichoczą dając do zrozumienia, że z ich perspektywy ta sytuacja wygląda dwuznacznie. Uśmiecham się do nich, ale staram się też słuchać słów instruktora. Wszystko, co mówi, jest istotne. Dwa tygodnie wcześniej byłem już na lotnisku w Chrcynnie, obejrzałem budowle, samoloty i obserwowałem instruowanie takich, jak ja. Znam pozycje, zachowanie przy skoku, wiem, na co zwrócić uwagę. Mimo to mam wrażenie, że informacji jest więcej.

Podchodzi do nas mężczyzna nieco mocniej zbudowany, o okrągłej, uśmiechniętej twarzy ozdobionej małą bródką. To kamerzysta. Wszyscy mówią na niego „Wąsiu”. Ma na sobie błękitny kombinezon, trzyma kask w tym samym kolorze, do którego doczepione są trzy urządzenia rejestrujące obraz. Z tego, co mogę się zorientować, dwie kamery i jeden aparat fotograficzny, chociaż mogę się mylić. Nie wiem, w który obiektyw patrzeć. Kamerzysta zadaje mi jakieś pytania, żeby było śmieszniej, ale nie jestem w stanie wymyślić niczego dowcipnego. Ray przedstawia mi go jako najlepszego speca od zdjęć spadochronowych. Dodaje żartobliwie, że ma duszę artysty, dlatego czasami zapomina przesłać filmów.

– W takim razie dobrze mnie nakręć – odzywam się – bo jestem pisarzem science fiction. Jak artysta artystę, rozumiesz.

– Piszesz takie książki jak matrix?

Tak, ale lepsze. Serię Gamedec.

– Uwielbiam science fiction. – Zapewnia Wąsiu.

– Gamedec? – pyta Ray. – Gamedec? Ja to znam, czytałem swego czasu Nową Fantastykę.

No proszę. Chcesz spotkać kogoś, kto cię czyta? Idź do spadochroniarzy. Jestem zbyt zaabsorbowany, by się ucieszyć, że poznałem czytelnika. Słucham wyjaśnień i zapewniam, że na pewno opiszę te wydarzenia w jakiejś książce (wiem, w jakiej i wiem przy okazji jakiej sceny).

Ray i ja.

Ray i ja.

Instruktaż pozycji przy wyjściu z samolotu – wypchnąć biodra do przodu, podwinąć nogi. To ćwiczymy jeszcze w hangarze, na ławeczce. Mam trudności, bo pasy przy pachwinach za bardzo ugniatają wiadomo, co. Powiadamiam o tym Raya. Luzuje mi pasy. Idziemy na słońce zgodnie z sugestią kamerzysty. Tam, na drewnianym stole Ray pokazuje sylwetkę początkową (biodra w dół, nogi zawinięte na plecy, ręce na uprzęży, na piersiach) i drugą, po klepnięciu w barki (ręce w bok, zgięte w łokciach). Informuje, że gdy będziemy swobodnie spadać (potem się orientuję, że to eufemizm. Ta czynność powinna się inaczej nazywać), nie będziemy mogli do siebie mówić, stąd sygnałem będzie klepnięcie, a gdy będzie chciał coś poprawić w mojej sylwetce, po prostu mnie chwyci i zrobi, co trzeba.

Instruktaż na ławce

Instruktaż na ławce

Wąsiu nieustannie mnie filmuje. Czuję się trochę nieswojo, bo co to za chwała, ale dobrze, niech to robi, w końcu czemu nie?

Ray tłumaczy, co będzie się działo w samolocie, że będziemy mocno spięci razem, że trzeba będzie  w pewnym momencie jeszcze mocniej zacisnąć uprząż (w tym czasie będę mu siedział na kolanach).

Idziemy do samolotu. Krótki marsz po trawie w stronę żółtego potwora, którego silnik ryczy tak głośno, że budzić może tylko przerażenie. Człowiek nie ma prawa budować tak potężnych maszyn. Kołpak jest czarny i śmigła chyba też. Paradoksalnie, im bliżej jestem, tym mniej mnie ten dźwięk przeraża. Oswajam się.

Przed samolotem

Przed samolotem

Ray mówi, że samolot jest dość mały (inny niż zwyczajowo) i będzie się z niego trochę trudniej wyskakiwało. Idzie jako pierwszy. Obserwuję, jak wsiada do pojazdu. Prawe podudzie na aluminiowy schodek, lewa ręka na reling, lewa stopa na próg. Powtarzam jego czynności i jestem w środku. Siadam tuż przed nim na wąskiej, brązowej ławeczce powleczonej skajem. Do środka ładują się jeszcze chyba ze trzy tandemowe pary oraz tyle samo kamerzystów. Samolot pilotuje niejaki Martin, chłopak, który mógłby być moim synem, z czapką założoną tył na przód i słuchawkami na jednym uchu. Kokpit płatowca jest odrapany i stary, ale wzbudza przyjacielskie uczucia. Zalany słońcem wygląda magicznie. Gdy wszyscy są już w środku, robi się naprawdę ciasno. Instruktor siedzący przede mną uciska mnie mocno w lewą nogę, która od zewnętrznej strony opiera się o kant. Boli. Proszę Raya, żeby przesunął się do tyłu. Udaje się w miarę wygodnie siedzieć, chociaż „w miarę” jest pisane na wyrost. Klimatyzacja mocno wieje, co daje ulgę w upale. Pilot kołuje na koniec pasa, odwraca maszynę i rozpędza się. Chwilę później jesteśmy w powietrzu i szybko nabieramy wysokości. Przeciążenie jest duże – zarówno podczas startu jak i wznoszenia. To, czego dotąd doświadczałem podczas rejsów pasażerskich nie wytrzymuje porównania. Ziemia, oświetlone słońcem, pola i drogi, szybko ulega miniaturyzacji. To wzbudza lęk. Im większa wysokość, tym większe niebezpieczeństwo. Spoglądam na Martina. Dla niego to zwykły, rutynowy lot. Ray pokazuje wysokościomierz nałożony na lewą rękę – pięćset metrów. Lecimy coraz wyżej. Instruktor pyta, czy już zaaranżowałem swój kurs pilotażu. Mówię, że jeszcze niczego nie podpisywałem. Za chwilę znowu pokazuje wysokościomierz. Dwa tysiące metrów. Patrzę na twarze dookoła. Szerzą zęby, młodzi ludzie, szaleńcy. Jak można się cieszyć w takiej sytuacji?! Jesteśmy coraz wyżej, jest coraz niebezpieczniej, klimatyzacja dmucha mroźnym powietrzem, połyskują czarne hełmy i kamery. W pewnym momencie, jak na komendę, instruktorzy zaczynają poprawiać pasy swoim podopiecznym, zaciskają klamry. Ray każe mi usiąść sobie na kolanach. Dociągamy brezentowe taśmy przy lewym i prawym biodrze. Wielokrotnie powtarzamy tę czynność. Ciągniemy z całej siły. Gdy instruktor jest już zadowolony z zespolenia, dopina się od góry i wzmacnia mocowania mojej uprzęży na wysokości przepony i wyżej. Zaczynam mieć kłopoty z oddychaniem. Za mocno krępują mnie pasy. Nigdy nie panikuję w takich sytuacjach, ale dyskomfort jest zbyt wielki. Naprawdę trudno mi oddychać. Zgłaszam to Rayowi. Rozluźnia uprząż na wysokości piersi. Pomaga. Pokazuje wysokościomierz. Jest już ponad cztery tysiące metrów, wskazówka weszła na czerwone pole, ale samolot wciąż się wznosi.

– Mamy od pilota bonus – komentuje.

Wszyscy podnoszą ręce – przybijają „piątki”, robią „piąstki” i „strzałki”, Ray zachęca mnie do tego samego. Jakoś mi to nie wychodzi, robię to lewą ręką, ale staram się, jak mogę. Instruktor tłumaczy, że nie jest to jakiś sztywny rytuał, te gesty nie mają konkretnego znaczenia, po prostu tak robią. Towarzyszy mi coraz silniejsza myśl, że czeka mnie nieznane. Nie można się przygotować na przyjęcie nieznanego. Wiem, że będzie zaskoczenie, że będzie to coś nowego przez duże „N”, ale w żaden sposób te konstatacje mnie nie uspokajają. Przeciwnie. Świadomość, że muszę się nastawić na zaskoczenie, wzmaga niepokój. Łapię się na tym, że moja świadomość stara się odczepić od rzeczywistości, jakbym to nie ja tam był, jakbym patrzył na wszystko z boku. Cztery i pół tysiąca metrów. Kamerzysta ubrany w czarny kombinezon podchodzi do drzwi. Odsuwa je. Widzę przestrzeń, chmury pod nami, podmuch wiatru. Ostry lęk. Za chińskiego boga tam nie skoczę. Człowiek z kamerami na kasku wykonuje krok przez próg samolotu, jego hełm ciasno przylega do boku drzwi, mężczyzna owija się na krawędzi i jest już po drugiej stronie. Jego kombinezon gwałtownie furkocze. To szaleniec! Co on robi! Przecież się zabije! Trzyma się relingu i filmuje pierwszą parę, która siada na krawędzi płatowca. Człowiek, który ma skakać przede mną chwyta się rury u góry. Instruktor klepie go po rękach. Nie może tego robić. Ma trzymać swoja uprząż. Raz, dwa i wypadają, a we mnie rośnie lęk. Co oni zrobili?! Zabiją się! Czarna plama znika w błękicie. Nigdy nie skoczę, nigdy nie skoczę! Ale nikt mnie nie pyta. Nasz kamerzysta w błękitnym kombinezonie gramoli się na zewnątrz, tak jak ten pierwszy, a my podpełzamy do krawędzi luku. Moje nogi są już na zewnątrz, widzę blisko obiektywy kamer, chwytam się uprzęży na wysokości piersi, co jest głupie, bo powinienem się trzymać samolotu! Nie siebie! Gdy trzymam się siebie, to jakby niczego! Podwijam nogi i odchylam głowę tak, jak mnie uczono. Wiatr świszcze po brzuchu, jestem na krawędzi maszyny, to ja jestem na krawędzi, nie instruktor, on jest za mną! Wypadamy!

W otchłań

W otchłań

Powietrze uderza jak wściekły masażysta waląc setką uderzeń na sekundę, wszystko wokół wrzeszczy o wiele głośniej od najgłośniejszego krzyku, widzę chmury, niebo i ziemię, pędzę pionowo w dół w ich kierunku i chociaż jest słoneczny, piękny dzień, ta pogoń ma w sobie coś mrocznego.

I w dół

I w dół

Swobodne spadanie to złe określenie. To pęd z nieprawdopodobną prędkością w ogłuszającym furkocie powietrza. Lecę z otwartymi ustami patrząc śmierci w oczy, bo oto przekroczyłem granicę życia. Lecę w śmierć. Świat się trzęsie, jakby ktoś mnie raził prądem elektrycznym, wciąż trzymam uprząż. Nie krzyczę, bo to nie ma sensu. Powietrze tak huczy, że zagłuszy każdy dźwięk. Zamykam usta. Zimne gazy nas otaczające są twarde, uderzają tysiącem ciosów, chcą zedrzeć skórę z twarzy. W pewnym momencie wdzierają się pod gogle, na szczęście tylko na chwilę. Klepnięcie w barki. Rozkładam ręce. Opór powierza jest bardzo silny. Już wiem, że ręce, teoretycznie mała powierzchnia, przy spadaniu mają wielką wagę. I znowu to uczucie oddzielenia od siebie. Emocje są zbyt duże, psyche szuka ratunku.

Podlatuje kamerzysta. Przedtem mnie uprzedzał, żebym wykonywał „fajne” gesty w stronę kamery, żebym to urozmaicił. Niestety, nie jestem w stanie zbyt dużo zrobić. Nie byłem przygotowany na taki opór powietrza, na taki napór i na taką sytuację (co było do przewidzenia). Próbuję podnosić kciuki, robić znak „OK!”, nawet symbol Imperium ze swoich książek, ale nie wiem, czy i jak mi to wychodzi.

Pierwsze podejście Wąsia

Pierwsze podejście Wąsia

Ciągle towarzyszy mi uczucie przerażenia, fascynacji i zaskoczenia. To potężny miks, gejzer uczuć zupełnie inny od wszystkiego, czego dotąd doznałem w życiu. Pędzę w leju prędkości czując wielką samotność wobec ogromu żywiołu, który mnie otacza. Nie pamiętam o instruktorze gdzieś na plecach. Mknę w dół sam. Ten skok to samobójstwo. Kamerzysta podlatuje drugi raz i znowu próbuję coś sensownego zrobić, ale nawet nie wiem, czy się uśmiecham.

Drugie podejście Wąsia

Drugie podejście Wąsia

W końcu łagodnie ciągnie nas w górę. Spadochron. Później się dowiaduję, że lecieliśmy minutę. Dla mnie to było dziesięć sekund.

– No, w końcu możemy porozmawiać – komentuje Ray.

Wcale nie czuję się dużo lepiej. Jesteśmy bardzo wysoko. Wiszę głównie na pachwinach. Instruktor luzuje uprząż. Jest więcej miejsca, luźniej. Widoki są oszałamiające. Mnóstwo przestrzeni. Widzę lotnisko, pola, drogi, chmury. Dostaję dwie żółte taśmy do rąk. Mogę sterować spadochronem. Ray pokazuje, że ciągnąc z jednej strony i luzując  z drugiej można wykonać zwrot. Przeciążenia są zaskakująco duże. Majestatycznie zataczamy zakręt w lewo i prawo, ale za bardzo ciągnie, to zbyt duża huśtawka. Ray pyta, czy chcę teraz sam posterować i się pokręcić. Mówię, że nie.

– Uczę się szybko, ale wolno – zapewniam. – Wystarczy.

Zbliżamy się do ziemi bardzo wolno i łagodnie. Długo. Rozmawiamy, znaczy Ray dużo mówi. O formacjach w powietrzu, o rekordach. Jestem w stanie wydusić tylko „niesamowite”, albo „niezwykłe”. Mam spuchnięty umysł, obrzęknięte usta. Nie umiem niczego wyrazić. Dość szybko dostrzegam przyjaciół i żonę stojących na dole. Ania ma turkusowe spodnie. Widać je wyraźnie.

Widok z dołu. Foto: Ania

Widok z dołu. Foto: Ania

Wreszcie pada komenda „nogi”. Podnoszę je wysoko, pomagam sobie rękami. Lądujemy niezwykle miękko i łagodnie. Przewracamy się, za mocno spięci. Podbiega kamerzysta, pomaga coś odpiąć.

Tuż przed przyziemieniem

Tuż przed przyziemieniem

– To było lepsze od zbierania znaczków? Seksu? Pisania? – pyta, gdy się podnoszę.

Nie jestem w stanie odpowiedzieć niczego sensownego, tym bardziej dowcipnego. Usiłuję, ale nie umiem. Zachęcony wypowiadam słowa podziękowania dla żony, wprost do kamery. Ale robię to półprzytomnie. Widzę Anię i przyjaciół fotografujących mnie z daleka. Pomagam Rayowi zwinąć spadochron. Uśmiecham się do Ani, Magdy, Darka, Elizy i Grzesia (którzy przyjechali tuż przed moim skokiem). Ale jestem jak otępiały.

Już. Foto: Eliza Klimek

Już. Foto: Eliza Klimek

W hangarze zdejmuję uprząż i kombinezon. Otrzymuję dokumenty do podpisania i dyplom w kształcie chmury.

Minie jeszcze kilka godzin, zanim dojdę do siebie.

Chcę powtórzyć to przeżycie.

Ale tym razem z tą różnicą, że mniej więcej będę wiedział, co mnie czeka.

źródło :  http://gamedeczone.com/blog/?p=576

Podziel się na: